|
|
Archiwum dla ‘Klasztor Sankt Marienthal, Ostritz, PONTES, euroregion’ kategorii
Od samego początku nie powiedziałam jeszcze czegoś istotnego o funkcjonowaniu Veloblogu. Mianowicie przedkładam Wam historię za historią, które zaraz potem zostają tłumaczone na niemiecki i polski przez zespół młodych i zaangażowanych ludzi, przy wsparciu szalenie miłego webmastera. Nie pracujemy w trybie zmian 3×8 godzin, ale prawie. Gdy tylko wzywa Veloblog…
W ostatnim czasie zaistniała jednakże nagła potrzeba przerwy. Moja możność wysłuchiwania opowieści za opowieścią i przekazywania ich Wam w ładnej formie została wyczerpana. Musiałam koniecznie wyspać się i znaleźć trochę spokoju. Decyzja zapadła: w Eisenhüttenstadt, następnym etapie podróży, wynajmuję pokój w pensjonacie i bez reszty oddaję się odpoczynkowi.
Ale najpierw muszę dotrzeć do tego miasta przemysłu metalurgicznego, o którym już tak wiele słyszałam. Zostało ono nowo wybudowane w latach 60. do lat 90., aby świecić przykładem idealnego socjalistycznego miasta Niemiec Wschodnich. To miało posmak przygody, o czym jeszcze dobrze przypominała sobie Roswytha, którą poznałam w Groß Bademeusel: wiele młodych par chciało wtedy przeprowadzić się do Eisenhüttenstadt, dostawało się tam zupełnie nowe mieszkanie i pracę, często w EKO Stahl-kombinacie. Czegóż więcej mogło chcieć społeczeństwo?
Ciekawości mi nie brakowało, mimo to potrzebowałam całej wieczności, aby dotrzeć do Eisenhüttenstadt. Otóż kompletnie zjechałam z drogi w ogródkach działkowych nad brzegiem Odry, na przedmieściach miasta. Są niezwykle przyjemne, pełne kwiatów, śliwek i jabłek dla tych, którzy pytają o drogę, oczywiście nie zapominając dumy ich właścicieli, czyli trzech bocianów, jakie siedzą w gnieździe na słupie i tylko na to czekają, aby zostać sfotografowanymi.
Cudna mała droga okrężna, po której w końcu docieram do dzielnicy miejskiej Fürstenberg. Tutaj z pozoru nie ma nic wyraźnie socjalistycznego. Jest wieś, która już tam była, zanim jeszcze wyrosło z ziemi Eisenhüttenstadt. I tutaj nikt nie czuje się mieszkańcem Eisenhüttenstadt, jak mi dano do zrozumienia, kiedy pytałam, gdzie powinno się więc znajdować centrum miasta. Właściwego „centrum” w Eisenhüttenstadt w ogóle nie ma. Tutaj mówi się o blokach mieszkalnych: od bloku 1 po blok 7. Długa mowa, krótka treść, dowiedziałam się, że biuro turystyczne jest na alei Lindenallee, między blokiem 1, a blokiem 4. Mój zmysł orientacji potrzebował krótkiej chwili, aby się dopasować, ale mniej czy bardziej mowy o pedałowaniu na rowerze nie ma…
Stamtąd ląduję na ulicę Gartenstraße w dzielnicy Schönfließ, kolejnej wioski, która tak samo istniała jeszcze przed wybudowaniem socjalistycznego miasta. Tutaj czeka na mnie ostatni wolny pokój w mieście, gdyż było tak wielu monterów i inżynierów, którzy w weekend mieszkali w Eisenhüttenstadt. Nie miałam pojęcia o moim szczęściu… Po tylu pięknych spotkaniach i gościnności, które były różnorodne, a jednocześnie wszystkie nad wyraz życzliwe, miałam wrażenie znalezienia się teraz u czarownicy rue Mouffetard! Zapytana, czy mam domowe pantofle, nim zapytano mnie jak się nazywam, ponadto okulary i gazeta, to było absolutnie wszystko, czego można potrzebować do odpoczynku! Być może byłam w minionych dniach rozpieszczana, ale już prawie znowu tęsknię za historiami w miłym towarzystwie, ja, która w tej chwili tak nieodzownie potrzebuję spokoju! A najgorsze jest to, że bardzo cenne są małe historie… te mianowicie z pensjonatu na ulicy Gartenstraße. Obiecałam właścicielce, mistrzyni sprytu, że jej pensjonat zostanie opisany na naszej stronie Web w trzech językach. Za darmo? i od razu człowiek staje się bardziej uprzejmy, robimy obchód po domu. Sześć pokoi, wszystkie z telewizorami i dywanami. Łazienki z ogrzewaniem podłogowym, itd itp. Nie można nic powiedzieć, wszystko jest utrzymane w czystości. Mile widziane są również dzieci, ale jeśli nasiusiają na materac, muszą za niego zapłacić. Nocleg kosztuje 19 euro (całkiem sporo, jak na ten zakątek), 3 euro extra za śniadanie. „Oni mogą wpisać 4 euro, przy inflacji…”, mówi właścicielka, która jest jak mrówka.
Ach przecież, jaki ze mnie osioł, obiecałam podać online jej numer telefonu. Dowcipnisiów by nie brakowało, aby przerywać okropny spokój pozostania! Ale dla tych, którzy są zainteresowani, jest adres, ulica ogrodowa (Gartenstraße). Pensjonat znajduje się oczywiście pod numerem 13…
Zakończmy jednak lepiej te „historie ogrodowe” wymownym spostrzeżeniem: mały ogródek gór Diehloer (Diehloer Bergen), na zachodzie miasta, zasługuje naprawdę na wybranie się do niego, mimo kapryśnych ścieżek dla rowerów górskich (…). Ze szczytu wzgórza rozciąga się niespotykany widok na miasto. Tam można nareszcie odetchnąć…
Świetny hotel i restauracja z panoramicznym tarasem, ale ani żywej duszy przy recepcji, a przede wszystkim ani jednego młodego człowieka na horyzoncie. Zresztą sama młodzież wioski wykazuje niewiele zainteresowania tym obiektem. Przy czym panu domu, Henry Bergel, pomysłów nie brakuje!
Pan Bergel długo i wyczerpująco wyjaśnia mi swoje pomysły, w nadziei ujrzenia mojego małego notesu zapisanego co do ostatniej strony.
Po długim wstępie o symbolice wybranego miejsca przy zbiegu Odry i Nysy, między Wschodem i Zachodem, w regionie, który potrzebuje perspektyw, opowiada o trudnej budowie centrum przez EKO Stahl w 1996, o spekulacjach mieszkańców wsi dotyczących nowej budowli. „To było dla mnie trudne, kiedy tutaj przybyłem, gdyż musiałem zatrudnić personel dla centrum i hotelu z restauracją, które zostały utworzone, aby finansować stowarzyszenie” – wspomina. „Zatrudnieni nie byli doinformowani i przychodzili po miejsca pracy dla monterów czy mechaników. A ja przecież szukałem kucharzy i sprzątaczy.” Pewna frustracja rozszerzała się. Pan Bergel dodaje, iż relacje z mieszkańcami wsi mogły być lepsze.
Ale cóż można było począć, na głowie miał jeszcze inne sprawy. Na przykład budowę mostu na Nysie, który o wiele bardziej ułatwiłby Polakom dostęp do centrum. Tylko mały most z przejściem dla pieszych i ścieżką rowerową… Niekoniecznie „bridge of peace”, jak to było dyskutowane przez długi czas. Po prostu most. Aby centrum stało się naprawdę europejskie.
A więc w tym momencie panuje tu raczej cisza, 60 łóżek jest wolnych. Pan Bergel daje mi do zrozumienia, że ta struktura, to znaczy pięciu urzędników i pięciu przyuczających się, nie wystarcza, aby zadbać o cały obóz wakacyjny. „To byłoby too much!”
I natychmiast wyskakuje z innym konceptem, o jedności regionu po niemieckiej i po polskiej stronie. Tutaj, jak i tam, nie ma już żadnego przemysłu, a i z rolnictwem dzieje się coraz gorzej. Za to przyroda jest wspaniała. Dlatego należy coś zrobić w kierunku turystyki. I dodaje, iż w zakresie turystyki region jest porównywalny z Bawarią z lat 60.
Prawdziwy skarbiec pomysłów, ten pan Bergel! Ale realizacja wydaje się trudna. Mówi o corocznym festynie dla dzieci w obydwu krajach, o festynie ujścia rzek, który też wzmacnia regionalną współpracę i partnerstwo między sąsiednimi miejscowościami. I kiedy ja dodaję, że widzę to jako skromne wykorzystanie możliwości, uzupełnia jeszcze, iż w pomieszczeniach hotelu odbywają się szkolenia dla firm. Przede wszystkim szkolenia niemieckich przedsiębiorstw. A potem jest również mowa o turystach rowerowych, oczywiście.
Krótko mówiąc, centrum europejskie, które zostało zainaugurowane w 2000, musi najpierw powstać. Może jednak budowa mostu i wejście Polski do obszaru Schengen doprowadzi Europejczyków do spotkania się w tym miejscu?
Neuzelle, małe miasteczko liczące około 1500 mieszkańców, położone w połowie drogi między Ratzdorf i Eisenhüttenstadt, nieco bardziej w głębi kraju.
Niezwykłe jest tam bezpośrednie sąsiedztwo ewangelickiego i katolickiego kościoła. Obowiązkiem jest zaś obejrzenie ponad pięciusetletniego klasztoru cystersów, zbudowanego w zapierającym dech w piersiach barokowym stylu: nie wiadomo, w którą stronę najpierw patrzeć. A jeśli spojrzeć dokładniej, to można zauważyć, iż ten cały marmur to tylko złudzenie, a w niektórych miejscach kamień to po prostu z artyzmem obrobione drewno. Ta sztuka złudzenia zafascynowała mnie bardzo. Co się zaś tyczy reszty, to każdy musi zdecydować sam…
W każdym bądź razie, to właśnie klasztor stanowiący ogromny kontrast dla okolicznych domów, które w większości są dosyć skromne, przyciąga turystów. O ile nie czyni tego raczej klasztorny browar, ostatni tego rodzaju w całej Brandenburgii, który okoliczne wioski zaopatruje w piwo już od ponad 400 lat.
Ciężko jest tutaj opuścić wydeptane przez turystów ścieżki. Mała wyprawa do Biura Informacji Turystycznej także niewiele mi pomaga. Polsko-niemieckie projekty realizowane są tylko w tutejszym gimnazjum, jedynym, w którym uczniowie mogą uczyć się polskiego. Ale tylko wtedy, gdy rodziców na to stać, gdyż jest to szkoła prywatna.
Zakończenie dnia: odprowadzam Vivien na dworzec i wracam do Schulzów. Ta rodzina jest tak harmonijna, że wolę spędzić zapowiedzianą na dzisiejszą noc burzę w ich towarzystwie, zamiast jechać dalej!
A tak przy okazji, polecam wszystkim jazdę na rowerze o wieczornym zmierzchu, to jest najlepsza pora na obserwowanie wszystkich możliwych zwierząt. Podczas ostatniego takiego spotkania widziałam młode jelonki, które toczyły swoje małe walki na ścieżce rowerowej przy wjeździe do Ratzdorf. Jeden z nich próbował nawet przywitać mnie z bliska, ale muszę przyznać, że przy odległości mniejszej niż dwa metry nie odważyłam się wyjąć aparatu fotograficznego…
Pan Budras wyjaśnił mi, że państwo niemieckie już wcześniej apelowało do swoich mieszkańców, aby nie osiedlali się za blisko brzegów Odry, które dziś należą do Polski: powodzie były tu zbyt częste, a konieczna pomoc finansowa zbyt droga. Wynik: wsie Krzesin, Bytomiec i Miłów zostały przeniesione nieco dalej, w głąb lądu. Jednakże istniał jeszcze prom, który przewoził ludzi przez Odrę do Ratzdorf.
Dziadek rodziny Schulze pokazał mi to na mapie: jeden prom na Odrze i drugi na Nysie, który łączył Ratzdorf z gminą Kosarzyn, leżącą dokładnie po drugiej stronie rzeki. Dziadek zna tę okolicę bardzo dobrze. On sam urodził się kilka kilometrów od Kosarzyna w Łomach. “Po polskiej stronie mieści się piękne jezioro z kempingiem. Nie jest on w zbyt dobrym stanie, ale można tam jeść lody i kiełbaski, aż brzuch pęknie.”
Rodzina Schulze jeździ od czasu do czasu na drugą stronę, czasem bez nadkładania drogi przez przejścia graniczne Guben-Gubin na południu, bądź Frankfurt nad Odrą-Słubice na północy. Wtedy wybierają podróż statkiem na mszę ekumeniczną, która odbywa się u stóp “krzyża spotkań”.
Wspomniany krzyż został ustawiony we wrześniu 2003 po polskiej stronie, na brzegu Nysy, niedaleko od jej ujścia. Niemcy ufundowali krzyż, a Polacy cokół. Wybrano akurat to miejsce ponoć dlatego, że polskie urzędy sprawiały mniej trudności niż niemieckie – to znaczy, mniej formularzy do wypełnienia. Tak mi to przynajmniej opowiedziała, obok innych historii, babcia Schulze.
Współpraca kościoła ewangelickiego po niemieckiej stronie i katolickiego kościoła po polskiej stronie to pierwszy krok. Ale myślenie idzie dalej naprzód i wszyscy są zgodni, co do budowy mostu dla pieszych i rowerzystów nad Nysą.
Minęło już dziesięć lat, ale pan Budras pamięta dokładnie powódź z 1997 roku. Mieszka u ujścia Nysy do Odry i w 1996 roku rozbudował swój dom, dopasowując go tym samym do rozmiarów swojej rodziny.
„Odra miała od zawsze wysokie i niskie stany wody“, opowiedział mi. „W 1930, 1947 i Nysa w 1958. Ale żadne z nich nie dają się porównać z powodzią z 1997.“ Wyjaśnił, że zazwyczaj stan wody w obu rzekach podnosi się w różnym czasie. Nysa jest zawsze trochę szybsza od nieco większej i bardziej krętej Odry, dlatego stan wody zazwyczaj reguluje się sam. Ale w 1997 wszystko było inaczej.
Powódź stulecia, tak została nazwana w niewielkiej broszurze, którą Katrin dała mi poprzedniego dnia. Dwa obszary niskiego ciśnienia „Xolska“ i „Zoe“ spotkały się niedaleko od źródła Odry, wskutek czego spadało tam 50 do 70 litrów wody na metr kwadratowy. Nawet nienaruszona natura nie byłaby w stanie zapobiec katastrofie. „W Czechach, na terenie Karkonoszy, wiele lasów padło ofiarą kwaśnych deszczy, spowodowanych przez zakłady chemiczne. Ale nie sądzę, że drzewa byłyby w stanie wchłonąć całą wodę z 1997.”
W połowie lipca mały domek-wodowskaz stojący pośrodku wody pokazywał jej stale rosnący poziom. 6,09 metra w miejscu, gdzie normalnie jest 2,50: 17 lipca mieszkańcy wsi zaczęli się poważnie martwić. Poziom wody nie chciał wcale opaść. Dom rodziny Budras już wtedy stał pod wodą.
„W Ratzdorf nie było grobli, gdyż do końca lat 50-tych przybijały w tym miejscu statki, które były naprawiane w tutejszej stoczni.“ Przy okazji mogę wysłuchać 750 letniej historii Ratzdorf. „Gmina była uzależniona od klasztoru w Neuzelle, który mieści się około dziesięciu kilometrów stąd. Mieszkańcy byli stoczniowcami i rolnikami. Ogromne znaczenie miało rybołówstwo, podobnie jak około 1800 roku transport surowców do produkcji tkanin do Cottbus i Guben. Do 1945.“ W końcu, jak wyjaśniła mi Katrin poprzedniego dnia, gmina się powiększała, gdyż przyjęto tu wielu Niemców „z tamtej strony”, którzy musieli opuścić swoje domy na polecenie Rosjan. Podobnie jak pan Budras. Po wojnie w stoczni pracowało jeszcze około dwadziestu osób, tam gdzie dzisiaj hotele przyjmują turystów. „A tutaj był dom, w którym załoga statków spędzała noc.” Wyjaśnił mi pan Budras. „To już jest trzeci dom, który został wybudowany w tym miejscu. Pierwszy się spalił, drugi został wybudowany w 1948 roku, ciągle jeszcze po to, by dawać schronienie załogom statków podczas ich naprawy. W 1996 roku został on zastąpiony przez ten tutaj. Zbudowaliśmy ten dom na nowo, żeby cała rodzina miała w nim miejsce.“ Działka, na której stoi dom, należy do Budrasów od 1961. Po zamknięciu stoczni sąsiednie działki były wykorzystywane przez spółdzielnię rolną, specjalizującą się w rybołówstwie i hodowli bydła. Dzisiaj znajdują się tam hotele. „Aby ochronić wieś, budowaliśmy zapory z worków z piaskiem. Ale już było za późno.“ - wspomina pan Budras. Między 25 lipca i 5 sierpnia ewakuowano całą wieś. „Wiele osób zaniedbało swoją pracę zawodową, żeby pomóc wojsku“, opowiada dalej. Na pytanie, czy współpraca między polską i niemiecką stroną była dobra, pan Budras przyznaje nieco zamyślony: „W tamtym czasie stosunki nie były tak zaawansowane, jak mam to powiedzieć, komunikacja nie była taka oczywista. Poza tym każdy miał po swojej stronie wystarczająco dużo do zrobienia.“ Telewizja pokazywała zdjęcia i dowiedziano się, że po polskiej stronie grobla została przerwana w 32 miejscach. Jak jest teraz, tego pan Budras tak naprawdę nie wie. Ale ma nadzieję, że wszelkie ustalenia potoczą się teraz lepiej, bo również przedłużenie grobli w Ratzdorf z 2000 roku nie jest wystarczające, aby zapobiec nowej katastrofie. I jak by to powiedziała pani Schneider ze stowarzyszenia Pro Guben, przyczyny problemu nie zostały jeszcze rozwiązane!
Veloblog otwiera się po raz kolejny. Vivien, która towarzyszyła mi przez dwa dni, spisała swoje wrażenia. Rzut oka za kulisy Veloblogu!
Słoneczny taras w ogrodzie rodziny Schulze liczącej dziesięć osób. Eva Schulze ugotowała pyszny obiad i czeka wraz ze swoim mężem na Charlotte, która, nieco zdenerwowana, biegnie przez zadbany ogród w poszukiwaniu rodziny. Ta młoda Francuzka stanęła nieoczekiwanie poprzedniego wieczoru przed ich drzwiami i opowiedziała o swoim projekcie. Że podróżuje po regionie Odra-Nysa w poszukiwaniu interesujących ludzi i historii. Rodzina Schulze jest z pewnością interesująca. Ratzdorf także. Charlotte zbiera i zbiera. W międzyczasie szuka jakiegoś noclegu i polsko-niemieckich projektów. W środowy wieczór była tak oczarowana krajobrazem, idealnym światłem, powolnym chowaniem się słońca za horyzontem, że bardzo późno zaczęła szukać noclegu. Krok po kroku przedstawia ludziom swój projekt. Pyta o znawców danego miejsca, o możliwości rozbicia namiotu w ogrodzie i przy odrobinie szczęścia ląduje na tak malowniczym tarasie, jak ten u Schulzów. Jednak teraz Charlotte jest troszeczkę zestresowana. Chce jeszcze szybko umieścić w internecie teksty napisane przed południem. A to nie jest wcale takie łatwe, gdyż połączenie z internetem na wsi nie zawsze tak dobrze funkcjonuje jak w mieście. A poza tym jej gospodarze czekają z jedzeniem…
Z niesamowitą dawką dobrego humoru i odrobiną francuskiego charme udaje się Charlotte po raz kolejny od razu przeciągnąć ludzi na swoją stronę. Zawsze uważnie słucha, zadaje pytania i śmieje się. Nie jest to żaden sztuczny śmiech, słuchanie ludzi sprawia jej prawdziwą radość. I kiedy się ją widzi pedałującą na swoim rowerze wśród pięknego, książkowego krajobrazu granicy Odra-Nysa, trudno uwierzyć, ile koordynacji i wysiłku pochłonął ten projekt. Z dużą dozą odwagi, optymizmu i zaufania do miejscowych, poznaje region i pozwala uczestniczyć w tym całemu światu opisując swoje przeżycia i prezentując je w trzech językach na stronie internetowej.
Ratzdorf jest miejscowością liczącą około 300 mieszkańców. Tutaj robimy postój, Vivien i ja. Po tym, jak pukałyśmy do wielu drzwi, zostałyśmy przyjęte przez rodzinę Schulze. Powiedziano nam, że Katrin Schulze bardzo dobrze zna historię wsi. I to się w zupełności zgadza, cała rodzina opowiada nam historie o wiosce. Cztery pokolenia pod jednym dachem - przykład niesamowitych więzi rodzinnych: to imponuje i nęci zarazem.
Spędzamy wieczór w towarzystwie tutejszej młodzieży, którą Katrin zwołała specjalnie dla nas. Rozmawiamy o wędkarstwie, o korzyściach z prawa jazdy, które umożliwia opuszczanie wsi, o decyzji, czy po maturze iść do wojska, czy też może odbyć służbę zastępczą, o szkołach, które jako język obcy oferują zazwyczaj tylko rosyjski, a nie polski, a potem znowu o wędkarstwie. Kiedy Polaków zacznie obowiązywać układ w Szengen, to ci młodzi ludzie będą mogli przybić swoją łodzią do przeciwległego brzegu. Do wędkowania potrzebna jest jednak karta wędkarska, zarówno po polskiej, jak i po niemieckiej stronie. Nie ma jeszcze wspólnych ustaleń na ten temat, ale może młodzież weźmie to w swoje ręce?!
Słońce rzuca swoje ostatnie promienie powoli znikając za horyzontem, a wiatr wieje coraz słabiej: początek idealnego wieczoru, podczas którego odkrywamy ujście Nysy do większej Odry. Niezapomniany widok.
Tu i tam kilku wędkarzy. Nad taflą wody można nawiązać ze sobą rozmowę. Jak leci? No, w porządku, jeśli mi się uda Panią złapać… Taki mały żart. A i tak muszę się przez chwilę zastanowić nad tym osobliwym momentem… „Proszę pana, proszę mi powiedzieć, czy jest pan w Polsce?” I rzeczywiście, druga strona to Polska. Oddalona o kilka pływackich ruchów. Głupia granica.
Ale prawdziwa. Jeśli przyjedziecie do Ratzdorf, usłyszycie historię pewnego niemieckiego turysty, który po kąpieli w Nysie, chciał zrobić małą przerwę na przeciwległym brzegu, w Polsce. Pierwszy krok po polskiej stronie i od razu mężczyzna został zatrzymany przez policjantów, którzy znienacka wyskoczyli z krzaków! Dwa dni więzienia i do tego jeszcze kara pieniężna. Takie wspomnienia urlopu…. i coraz poważniejszej granicy?
W wieku 75 lat Irmgard Schneider ma wprawdzie siwe włosy, ale to jest już wszystko! Pełna zaangażowania i energii, ta niewielkiego wzrostu pani, wyjaśniła mi w pełnym zakresie działalność swojego stowarzyszenia „Pro Guben“. Prawdziwa skarbnica świetnych pomysłów i planów!
Wszystko rozpoczęło się w 1994 roku, kiedy to spotkała pewnego Anglika, który przybył tutaj, aby demonstrować przeciwko wyburzeniu Horno pod kopalnię odkrywkową węgla w okolicy Jänschwalde (słyszeliśmy o tym!). Wtedy także pani Schneider postawiła sobie ponownie pytanie, czy pustynie, które rozciągają się od Cottbus do granicy, były naprawdę koniecznością: „Przecież po zjednoczeniu moglibyśmy się skoncentrować na innych źródłach energii niż węgiel.“ Dla przewodniczącej stowarzyszenia Pro Guben e.V. chodzi przy tym o swoisty obowiązek regionu. „Nie ma tu już tyle przemysłu, co wcześniej. Cała okolica musi odnowić swoją infrastrukturę. A do czego potrzebni są mieszkańcy? Żeby jedli, pili i zużywali energię elektryczną.“
Od tego momentu istnieje stowarzyszenie. Od tego momentu pani Schneider zabrała się do realizacji różnych przedsięwzięć. Prosty przykład: jabłka z Guben. Dlaczego mają gnić na kompostowniach, podczas gdy ludzie ładują do koszyków w supermarketach sok jabłkowy? Marnotrawstwo. Powołano więc do życia cały złożony system, w ramach którego zaapelowano do rolników, ogrodników i innych właścicieli jabłoni o przywożenie swoich jabłek do wyznaczonego punktu. Stamtąd zawożono jabłka do miejsca, w którym produkowano z nich sok, który każdy mógł kupić za niewielkie pieniądze. Dzięki wspólnemu transportowi redukowano także emisję dwutlenku węgla. Ale dla pani Schneider to jeszcze nie wszystko. Dlaczego by nie wyciągnąć z tego jeszcze więcej korzyści, spisując wszystkie rodzaje jabłek, występujące w regionie, porównując przy tym bogactwo gatunków w przeszłości i dzisiaj?
W 2003 roku stworzono katalog. Obecnie jest tam wpisanych ponad 400 różnych rodzajów jabłek, między innymi słynne „Warraschker z Guben”. Przy tej okazji uznano za stosowne ponowne powołanie do życia istniejącego przed 200 laty towarzystwa pomologicznego. „A dla jabłkowego festynu i festynów miejskich przygotowaliśmy tradycyjne kostiumy. To jest część naszej działalności, która umożliwia nam choć trochę zapomnieć o trudach dnia codziennego.“
Dzięki produkcji kostiumów zmieniłyśmy temat rozmowy na współpracę stowarzyszenia Pro Guben e.V. z Gubinem. „Znamy czterdzieści kobiet z Gubina. Towarzyszą nam regularnie podczas naszych wycieczek i śpiewają fantastyczne polskie piosenki. Ludzie zmienili zdanie!“ Pokazuje mi przy tym zdjęcia z wycieczki do Berlina, do dzielnicy Britz. Wszystkie kobiety ubrane w kostiumy z różnych epok: z czasu kwitnięcia jabłoni w 1787, z 1846, kiedy uruchomiono pierwsze połączenie kolejowe między Guben i Berlinem, w 1850 roku kapelusznictwo i tak dalej. „Byłyśmy prawdziwymi gwiazdami, wszyscy robili nam zdjęcia!“, mówi pani Schneider z uśmiechem.
Współpraca między Polską i Niemcami, między mieszkańcami Guben i Gubina, leży jej na sercu. „Kiedy Polacy nam powiedzieli, że chcieliby się więcej dowiedzieć o historii swojego miasta, zorganizowaliśmy tłumaczenia dla ich małego muzeum“, kontynuuje pani Schneider, pokazując mi przy tym tablicę o życiu Hugo Jentscha, lokalnej osobistości, która otworzyła muzeum leżące dziś po drugiej stronie rzeki.
Szybko można pojąć, że współpraca z Polakami i energia odnawialna to dwa koniki pani Schneider. Zafascynowana przysłuchuję się tej siedemdziesięciolatce, kiedy mówi o nowych technikach w rolnictwie i pozyskiwaniu elektryczności w połączeniu z ochroną przyrody. „Kładziemy na przykład nacisk na spalanie biomasy w miejscowości Preschen“, opowiada pani Schneider. „I wyjaśniamy rolnikom, że nie stracą ani czasu, ani pieniędzy, jeśli będą wyrywać rośliny do spalenia.“ Ale oddźwięk w tej okolicy pozostaje ciągle jeszcze słaby. Dużo ludzi obawia się, że kiedy kopalnia przestanie kopać, to stracą pracę.
Jednak pani Schneider nie brakuje energii: co tydzień w środę między 9 i 12 każdy może przyjechać do Guben na ulicę Gasstraße 8 i podzielić się swoimi pytaniami, pomysłami czy inicjatywą. Dlaczego by nie podać ręki tej ultra dynamicznej pani, która zgłosiła się do bundesligi energii solarnej, a teraz chce wspierać regionalną kulturę pomagając przy organizacji Ogrodu Europejskiego, kótry odbędzie się w roku 2013. 10 lat po wielkiej powodzi pani Schneider nie ma już czasu, by mi o tym więcej opowiedzieć, ale będzie prawdopodobnie wśród nas 11 sierpnia we Frankfurcie–Słubicach i opowie nam „swoje małe historie“, jak je nazywa. Może będziecie mieli możliwość w trakcie swojej podróży spotkać to wyjątkowe źródło energii?
Z polecenia pani Geilich, odpowiedzialnej w biurze turystycznym w Guben, pozwoliłam sobie zadzwonić do drzwi Andreasa Petera.
Na miejscu okazało się, co za niespodzianka, że kiedy opowiedziałam mu historię Veloblogu i spotkań z mieszkańcami, które służą poznaniu regionu, sprawiał wrażenie osoby, która nie chce wcale pytać jak i dlaczego, tylko po prostu otworzył przede mną drzwi. Musiał jeszcze posortować kilka książek, które pochodzą z czasów NRD, a które sprzedaje na aukcji internetowej (Ebay). Ale potem zaproponował mi kawę i oprowadził po ulicach Gubina.
Gubin jest polską częścią miasta. To tam znajdowało się wcześniej centrum miasta. Przed wojną i przed granicą. To wszystko ma bardzo długą historię, którą Andreas wyczerpująco mi opowiedział.
Wszystko rozpoczyna się nieuchronnie przy głównym miejskim kościele. On dominuje nad miastem i znajduje się bezpośrednio za przejściem granicznym dla pieszych. Polska fundacja i niemieckie stowarzyszenie współpracują ze sobą, mając na celu odbudowę kościoła. „Nie zawsze jest łatwo zainteresować Niemców kościołem“, wyjaśnia mi Andreas. „Wielu z nich uważa, że skoro leży on po drugiej stronie, to Polacy powinni się o niego troszczyć.“ Ale to jeszcze nie jest powód, by rozłożyć ręce: w końcu mój przewodnik napisał książkę o historii tej budowli. Po niemiecku. Polska wersja jest w opracowaniu. „Jak przyszli Rosjanie, to Niemcy spalili w kościele kompromitujące dokumenty. To było w kwietniu 1945. Brakuje dachu i okien.“ Obecnie, krok po kroku, kościół odzyskuje dawną świetność (1, 2). Ale koszty są olbrzymie.
Andreas pokazuje mi pozostałości miejskich fortyfikacji: okazała wieża z XV wieku, ale także brama i fragmenty murów obronnych. Ostatnie z nich zostały wybudowane 150 lat temu. Ale przez fakt, że sąsiednie domy przestały istnieć, mury sprawiają wrażenie starszych niż w rzeczywistości. Podobnie jest z innymi śladami przeszłości, na przykład chodnikami, czy fosą, która okalała miasto zniszczone w 80% podczas Drugiej Wojny Światowej.
Stacjonująca tutaj kompania w straszny sposób wymigała się od odpowiedzialności. „To było 20 czerwca 1945, jeszcze przed układem poczdamskim“, opowiedział mi Andreas. „Żołnierze powiedzieli do Niemców, żeby pakowali swoje manatki, pozostałe rzeczy zniszczyli i uciekali na drugą stronę rzeki.“
Tutaj historię można znaleźć za każdym rogiem, pod każdym kamieniem na ulicy. Tutaj pozostałości pomnika ku chwale zdobywcy Wilhelma I. Tam pomnik upamiętniający miejsce, w którym stała synagoga, zniszczona w 1938 roku, a który to powstał w wyniku współpracy polskiej i niemieckiej gminy oraz inicjatywy Andreasa (1989).
A dookoła ślady przemysłu, który jakiś czas temu miał dominujące znaczenie dla miasta. Mowa o kapelusznictwie i tkactwie. Andreas opowiedział mi o szczęściu Friedricha Wilke, który odniósł sukces dzięki swojemu odkryciu: co zrobić, żeby kapelusz podczas deszczu się nie zwijał i jak można go w razie potrzeby złożyć. Fabryka Wilkego została wybudowana około 1860 roku i pracowano w niej jeszcze za czasów NRD. Zjednoczenia Niemiec jednak nie przetrwała, podobnie jak i wiele innych fabryk. „W okolicy panuje około 20 % bezrobocia, nie licząc tych, którzy w poszukiwaniu pracy opuścili region”, mówi Andreas.
Po wojnie większość mieszkańców pracowała w zakładach chemicznych. Niektórzy z 7200 pracowników do 1989, o czym dowiedziałam się z 85 pytań małego quizu o mieście, przygotowanego przez Andreasa. Porozumienie między Guben i Gubinem umożliwiło przejazdy autobusem polskich obywateli do pracy. Był to gest Wilhelma Piecka, pierwszego prezydenta NRD, w stronę mieszkańców Gubina, gdzie można do dziś podziwiać kompletnie zieloną fasadę jego domu stojącego niedaleko od opuszczonego posterunku policji.
Mój przewodnik jest nie do pobicia. Andreas jest zamiłowanym historykiem i znawcą regionu. Pisze książki, publikuje mapy okolic i wydaje nawet kalendarz ze starymi zdjęciami miasta. Z wykształcenia historyk założył nawet własne wydawnictwo “Niederlausitzverlag”.
O tym opowiedział mi po kolacji, przy kieliszku wina. Siedzieliśmy nad brzegiem Nysy, na ogrodowych krzesłach z koszykiem piknikowym Andreasa. Urok prostoty i czarująca panorama. Po drugiej stronie młodzi Polacy próbują łapać ryby. Na lewo Wyspa Teatralna (niem. Schützeninsel). Leży po polskiej stronie, ale od niedawna most łączy ją też z niemiecką stroną.
Znak, aby zaprezentować Guben-Gubin jako jedność?
|
|