Archiwum dla ‘Klasztor Sankt Marienthal, Ostritz, PONTES, euroregion’ kategorii
Zmiana klimatu raz tak, raz siak, a ja muszę przyznać, że jest koniec lipca, a tu w okolicach kopalni węgla leje jak z cebra!
Nie jest mi łatwo opowiedzieć Wam historię Horno, ponieważ nigdy tej wioski nie widziałam. W każdym razie nie widziałam tej prawdziwej. A tę byłą, cóż szukałam, ale nie znalazłam. A i tak ciągle o niej słyszę.
Można mieć życzenia… i można po raz kolejny mieć wyjątkowe szczęście, tym razem jednak po długich poszukiwaniach! W Forst, małym mieście liczącym około 22 000 mieszkańców, ludzie patrzyli na mnie nieco zdziwieni, kiedy opowiadałam o moim Veloblogu i zainteresowaniach polsko-niemieckimi projektami oraz gdy pytałam, czy mogę gdzieś za darmo przenocować. Po dwóch godzinach oglądania zdziwionych min, spróbowałam pod ostatnim adresem: „Za basenem odkrytym w lewo, tam znajdzie pani centrum młodzieżowe. Oni tam robią projekty z Polakami“ powiedziano mi. W słabym świetle mojej rowerowej lampki dotarłam do centrum młodzieżowego „Kinder- und Jugenddorf“. W nieco niezdarny sposób przedstawiłam się grupie ludzi siedzącej wokół ogniska. Jednak zespół ratowników wodnych pomógł mi w potrzebie! Tak po prostu. Nawet zaproponowali mi coś do jedzenia i picia, i w ten sposób znów odzyskałam siły. Zostałam powitana w Brandenburgii słynną piosenką Rainalda Grebe, która opowiada o trudnych sytuacjach. Cóż za ironia. Następnego dnia przyjacielska grupa ratowników pokazała mi miasto! I chociaż kurs nauki pływania dla młodych Niemców z Forst i Polaków z Lubska już się skończył, tutaj nadal mają ładną pogodę. Od mniej więcej dziesięciu lat przyjeżdża tutaj co roku około dwudziestu młodych ludzi z obydwu krajów, by spędzić wspólne dwa tygodnie w centrum. Przed południem odbywa się nauka pływania, zwłaszcza dla Polaków, którzy zazwyczaj nie umieją jeszcze pływać, a po południu w programie wspólne, aktywne spędzanie czasu. Piękny projekt, którego idea wywołuje błysk w niejednym oku. Jedyna wada: ten rodzaj przeżyć jest ciągle jeszcze rzadkością. Tak się dzieje, mimo że infrastruktura jest na miejscu: możliwość noclegów i wyżywienia dzieci. Olbrzymi teren, na którym można w razie potrzeby ustawić namioty. Ale miasto Forst, właściciel działki, jest optymistycznie nastawione i czeka na kolejne projekty. Mistrzowie pływania także. Wysyłajcie więc szybko swoje zgłoszenia: Kinder- und Jugenddorf Forst Możecie też nadłożyć drogi, zahaczając o centrum: spotkacie tutaj przyjacielskich ludzi i w dalszą drogę ruszycie z uśmiechem na twarzy. Odkryjecie także z pewnością wspaniały basen odkryty w Forst. Został on wybudowany w latach 50-tych, jako miejsce do treningu atletów z NRD. Wyremontowany w 2003 roku. Jego baseny do pływania, jacuzzi i zbiornik do nurkowania (z 10 metrową skocznią) są dostępne dla publiczności w okresie od maja do września A jeśli podczas waszej wyprawy deszcz nie będzie wam aż tak bardzo przeszkadzał, jak mi, będziecie również mieć możliwość odwiedzenia parku różanego, niedaleko Nysy. Jeszcze raz dziękuję “Studio 80″ za zdjęcia.
Mimo że nie zaliczam się do licznej grupy rowerzystów, którzy dzielnie przemierzają trasę w górę Nysy, a później Odry, i tak aż do Bałtyku, po niemieckich ścieżkach rowerowych, pozwalam sobie jednak odegrać rolę ich rzecznika. Wiele osób, jakie spotkałam po drodze, potwierdzało, że są to najpiękniejsze i najlepsze ścieżki rowerowe w całych Niemczech, zarówno ze względu na różnorodność krajobrazów, jak i na jakość samych ścieżek. Trasa, którą pokonałam, jadąc słynnymi „ścieżkami rowerowymi przy Odrze i Nysie”, jak się je oficjalnie nazywa, rzeczywiście mnie urzekła. Nawet dzisiaj - kilometry przejechane między Gross Bademeusel a Forst były dla mnie prawdziwą przyjemnością (1, 2). Co więcej, przystanek na pisanie bloga urządziłam sobie na ambonie myśliwskiej! Mimo wszystko jestem trochę rozczarowana - dlaczego regiony pogranicza nie współpracują ze sobą, by stworzyć polsko-niemieckie ścieżki rowerowe, które biegłyby raz w Niemczech, a raz w Polsce? To byłaby Europa!
Niektórzy mogli już przeczytać moją opowieść z Gross Bademeusel w gazecie Lausitzer Rundschau – Veloblog i moje przybycie do tej miejscowości zostały tam opisane na całej stronie… na końcu drogi czeka mnie sława! Gdy przez płot spytałam Roswithę czy nie zna kogoś we wsi, u kogo mogłabym ewentualnie spędzić noc, uprzejmie otworzyła drzwi. Udało się – znalazłam! W Gross Bademeusel (około 250 mieszkańców) najwyraźniej wszyscy się znają. W czasie, kiedy młode kobiety ze wsi grają w „Faustball” - czyli w grę, w której piłkę odbija się pięścią - sąsiad moich gospodarzy, Claudius, pokazuje mi kuźnię swoich rodziców. W kuźni, która obecnie jest zamknięta, wiszą bardzo ciężkie kowadła i młoty – obraz jak z innej epoki. Claudius nie wie, co z tym wszystkim zrobić. Dlaczego by nie urządzić tu muzeum dla rowerzystów, którzy jeżdżą wzdłuż Nysy, zaledwie kilkaset metrów stąd?! Przez cały wieczór, przy kieliszku wiśniowej nalewki domowej roboty, rozmawiałam z Lianą i Roswithą o zamieszkiwanym przez nich regionie. Mowa była oczywiście o tutejszych ciekawostkach, m.in. o fabryce materiałów wybuchowych, dziś znajdującej się po drugiej stronie granicy. Fabryka posiadała składane kominy i bunkry, dzięki czemu była świetnie zamaskowana przed wrogiem i mogła działać aż do 1945 roku. Obecnie można ją zwiedzać z przewodnikiem. Poza tym z Roswithą, która jest już babcią, rozmawiałyśmy głównie o dawnych czasach. Życie bardzo się zmieniło od czasów NRD. Pójście do szkoły czy studiowanie nie wystarcza już, żeby mieć pracę i móc zarobić na życie. Dziś jest inaczej. W głosie Roswithy, który od czasu do czasu się ożywia, słychać nutkę żalu. Po raz kolejny słyszę o tym, jak ciężko jest znaleźć pracę w regionie. Wielu młodych ludzi wyjeżdża lub pracuje za 400 euro miesięcznie (tzw. „Minijob”), jak wyjaśnia mi Liana. W domu moich gospodarzy następstwo jest zapewnione dzięki małej Ronji, która wciąż prosi o pomoc w podskakiwaniu. Trzy pokolenia żyją pod jednym dachem w radości i z uśmiechem (1, 2). Liana, młoda mama, nie potrafi sobie tego inaczej wyobrazić – ona także od dzieciństwa mieszkała razem ze swoimi dziadkami i bardzo dużą wagę przywiązuje do wymiany międzypokoleniowej. Na śniadaniu zjawia się i tato. Pracę zaczyna dopiero popołudniu. Rene jest celnikiem, pracuje na trzy zmiany. Razem ze swoimi kolegami patroluje region po stronie niemieckiej po to, by kontrolować pojazdy i ograniczyć przemyt. Często przemycane są papierosy pochodzące z Rosji. To będzie nadal istniało nawet po wejściu Polski do strefy Schengen. Rene znajduje również czas, by opowiedzieć mi historię wsi. Następnego dnia, czytając Lausitzer Rundschau, dowiem się zresztą, że jest jej sołtysem. Okazuje się, że dawno temu Gross Bademeusel znajdowało się po drugiej stronie Nysy. Potem jednak mieszkańcy zadecydowali o „przeprowadzce wsi” na drugą stronę rzeki po to, by uniknąć powodzi. Traf natury sprawił więc, że miejscowość ta znajduje się dziś w Niemczech…
Pewnie wyobrażacie już sobie mnie z rowerem na autostradzie, tak?! No nie, trochę zdrowego rozsądku! Po prostu musiałam sobie jakoś poradzić z dziwacznym przejściem granicznym. Wyobraźcie to sobie: pedałuję spokojnie po polskiej stronie, w cieniu jodłowych lasów. Ani jednego żywego ducha. Wreszcie mogę w spokoju podumać nad tymi wszystkimi historiami, które wciąż zbieram po drodze. Jestem coraz bliżej granicy – lasy stają się coraz rzadsze, a stacje benzynowe coraz liczniejsze. Między tymi wszystkimi ciężarówkami czuję się trochę samotnie. Ale prawdziwy szkopuł to dopiero przejście graniczne. Po stronie niemieckiej bowiem droga zmienia się w autostradę. Zupełny absurd! Nie do przejścia dla pieszych i rowerzystów, którzy powinni udać się (pieszo lub na rowerze) do następnego przejścia, dwadzieścia kilometrów na północ (Forst) lub na południe (Bad Muskau/Łęknica). I pomyśleć, że chciałam pójść za radą Ewy i Aischy i szybko znaleźć jakiś nocleg… Postanawiam negocjować ze strażnikami: ”Muszę tylko dostać się do najbliższej wsi, Klein Bademeusel, tylko dwa kilometry… pierwszy zjazd z autostrady…” W końcu udaje nam się zawrzeć kompromis. Wsiadam do polskiego busa, który jedzie do Niemiec, mój rower z tyłu, a ja koło kierowcy. Jadę z młodą i bardzo sympatyczną parą, której udaje się w ciągu dwóch minut poczęstować mnie ogórkami z kraju. Jest super! I już jestem w Niemczech, w Klein Bademeusel – operacja zakończona z sukcesem!
Podczas gdy dzielnie pedałowałam, żeby dotrzeć do kolejnego przejścia granicznego (zaraz za wioską Olszyna) i przejechać na niemiecką stronę, ogarnęła mnie nieprzeparta chęć zrobienia sobie „przerwy na kawę”. Wielu z Was z pewnością świetnie to rozumie… Zatrzymałam się w przydrożnym lokalu. Dopiero kiedy Ewa i Aischa zaproponowały mi, żebym przysiadła się do ich stolika, zauważyłam, że wykonują one „zawód inny od wszystkich”. Te dwie bardzo fajne dziewczyny – jedna jest Polką (23 lata), a druga Bułgarką (32 lata) – ostrzegają mnie. Dużo dziewczyn czeka na klientów na poboczu drogi, a ich sutenerzy zawsze są w pobliżu. Muszę uważać i szybko znaleźć jakiś nocleg. Dziewczyny opowiadają mi o swoich dobrych i złych przygodach w środowisku prostytucji. I tutaj porównuje się Niemców i Polaków. Niemcy z reguły przyjeżdżają w weekendy, żeby się zabawić, i dobrze płacą. Na Polaków trzeba uważać, bo mogą być gwałtowni. Ale Ewa dodaje, że nie ma nic przeciwko Polakom, sama jest Polką. Po prostu ten region jest „z tego” znany. Naszą rozmowę przerywają dwaj mężczyźni. Podchodzą do stolika i proponują dziewczynom pracę dla nich. Pokój i strona internetowa, w zamian „fifty-fifty”. Wymieniają się numerami. Ale kiedy tylko ci cwaniacy odchodzą, dziewczyny mówią mi, że nie przyjmą tej oferty. Wolą pracować razem i na własne konto. Tak jest pewniej. Zatrzymują się nowe samochody. Czas, żebym wyruszyła w dalszą drogę. Wy też, dziewczyny, uważajcie na siebie. I dziękuję Wam za wspólną kawę!
Ruszam w dalszą drogę, nadal po polskiej stronie. Jadę do sąsiedniej wioski Nowe Czaple, gdzie mam się spotkać z Gertrudą Kamińską, starszą siostrą Pawła. Gertruda ma 75 lat i jest również w świetnej formie. Oczy jej się śmieją. A przede wszystkim pamięta mnóstwo opowieści z dawnych czasów! Ona także opowiada o wojnie, o ojcu ukraińskiego pochodzenia , który wyruszył na wojnę jako żołnierz niemiecki, o matce, która została w kraju razem z szóstką dzieci, no i o froncie. Dziewięć tygodni. Wiele ofiar. „Po wszystkim przyszli polscy żołnierze i powiedzieli, że jeżeli ktoś chce, może przekroczyć Nysę. Poszliśmy za matką. Mówiła, że w ten sposób łatwiej nam będzie odnaleźć ojca, który wracał z frontu.” Gdy już się odnaleźli, ojciec Gertrudy zadecydował, żeby „powrócić do kraju”. „Możliwe, że później tego żałował, bo u nas w Polsce było o wiele ciężej niż w Niemczech Wschodnich” - opowiada Gertruda. Ona także musiała się do wszystkiego przystosować, nauczyć polskiego, itd. Wspomina o swojej siostrze, która uciekła do Niemiec Zachodnich, korzystając z ożywienia rozruchów robotniczych w czerwcu 1953 roku w Niemczech Wschodnich oraz z sowieckich represji. „Po raz pierwszy odwiedziłam ją w 1971 i nie mogłam wtedy spać” - przypomina sobie. „Ludzie stali w kolejkach do sklepu, mogli kupić wszystko, podczas gdy u nas sklepy były puste! Bardzo mną to wstrząsnęło, byłam chora z obrzydzenia!” Czasy były ciężkie, nie da się temu zaprzeczyć. Gertruda również przez długi czas pracowała w PGR-e. Jako kucharka. „Nie mieliśmy wiele, ale przynajmniej zawsze dostawaliśmy trochę pieniędzy pod koniec miesiąca. A dzisiaj nikt już nie może znaleźć pracy!” – Gertruda podnosi głos. „Eh, nasi rządzący! Nawet niech mi Pani o nich nie mówi! Tam na górze dbają wyłącznie o swoje interesy, a my, biedni ludzie, nic nie możemy zrobić!” Wyjaśnię tu pokrótce polski system socjalny: sześć miesięcy zasiłku dla bezrobotnych przysługuje tym, którzy nie odmówili trzy razy z rzędu oferty pracy. A później nic. Żadnego „RMI” na wzór francuski ani „Hartz IV” na wzór niemiecki. Trzeba radzić sobie samemu, pracować na czarno, próbować jakoś się wyżywić. Syn Gertrudy, który przejął małe gospodarstwo rodzinne, sam jest na bezrobociu. „Oczywiście sadzi te swoje ziemniaki, ale albo nie udaje mu się ich sprzedać albo sprzedaż nie przynosi żadnych zysków!” Rodzina cieszy się z dofinansowania unijnego, które dostaje od trzech lat, ale zastanawia się, dlaczego Polacy otrzymują mniej pieniędzy niż rolnicy z innych krajów europejskich. Gertruda wiele przeżyła w swoim życiu. Mogłaby mi o tym opowiadać całe popołudnie. Ale mimo wielkiej ochoty, by zostać i posłuchać jej jeszcze przez kilka godzin, postanawiam ruszyć w dalszą drogę. Chciałabym pokonać dzisiaj jeszcze około dwudziestu kilometrów!
Pomimo swojego wieku, Paweł Szumało wchodzi jeszcze na rusztowanie, żeby pomóc innym przy pracy. Ma już 70 lat, więc może wiele opowiedzieć o byłym PGR-e w Pustkowie. Paweł pamięta wojnę, Niemców stacjonujących na podwórzu spółdzielni i nadchodzących Rosjan. Oba wojska ścierały się przez dziewięć tygodni. Niedaleko stąd, w lesie. Paweł dobrze wszystko pamięta, miał wtedy osiem lat. W końcu Niemcy musieli się wycofać w stronę Nysy. A Rosjanie zajęli spółdzielnię. W tamtym czasie mieszkało tu wiele rodzin. „Byli to głównie Polacy i Ukraińcy, m.in. moi rodzice. Przyjechali, by pracować w Niemczech” - opowiada mi Paweł. „Wszyscy schowaliśmy się w piwnicy, więc kiedy Rosjanie chcieli rzucić na podwórze granat, ktoś krzyknął, że nie jesteśmy Niemcami!” Łut szczęścia, dzięki któremu Paweł może teraz opowiadać tą historię. „A Rosjanie? Spytali nas czy są jeszcze daleko od Berlina.” Razem obchodzimy budynki gospodarstwa. Na niebie świeci słońce. Tutaj są obory dla krów, tam chlewnie dla świń. Dalej warsztat i garaż, gdzie można było naprawić auto. Mieszkania oraz budynek, w którym wydawano nawóz. Trudno dzisiaj, gdy wszystko popada w ruinę, a chwasty zarosły całe podwórze, wyobrazić sobie dawne życie w tym miejscu, w którym ludzie pracowali i mieszkali. Był to wtedy tzw. „PGR” (po polsku) lub „LPG” (po niemiecku), czyli specyficzna forma organizacji pracy na wsi za czasów komunizmu. Paweł przez 46 lat pracował w gospodarstwie. Było ciężko, ale bywały też i dobre chwile. No i przede wszystkim miało się pracę i trochę pieniędzy pod koniec miesiąca. W latach 70. PGR był w pełni rozwoju: ponad 2000 hektarów, 80 krów, itd. A potem, wraz z nadejściem nowego ustroju, gospodarstwo zaczęło podupadać, aż w końcu, w połowie lat 90., zostało zamknięte. Większość rodzin opuściła region w poszukiwaniu nowej pracy. Wiele osób z tych, które tu zostały, do dzisiaj jest bezrobotnych. Paweł wciąż mieszka w tym samym, od 1948 roku, domu. Wcześniej dom ten należał do starszej pani - Niemki, która wyjechała „na drugą stronę”. Czy jest zadowolony, że to Niemcy odkupili biznes? No cóż, trzeba iść z czasem, a z resztą Polacy i tak nie mieli tyle pieniędzy, żeby przejąć gospodarstwo. Paweł proponuje mi, żebym odwiedziła jego siostrę, która mieszka w sąsiedniej wiosce Nowe Czaple. Ona dobrze zna całą tutejszą historię i będzie mogła mi ją „opowiedzieć”. Przed odjazdem wyjaśniam Pawłowi, że ekipa Veloblogu organizuje na trasie tzw. dni spotkań, w tym jeden dzień w Szczecinie, 25 sierpnia. Paweł powie o tym swoim dzieciom, które właśnie tam mieszkają. Może uda nam się spotkać pod koniec sierpnia? Byłoby fantastycznie. Szczególnie jeżeli rodzina jest taka jak Paweł. A to naprawdę bardzo sympatyczny gość!
Gdy tym razem wchodzę na ogromne, porośnięte chwastami podwórze dawnego PGR-u w Pustkowie (1, 2), są tam ludzie. Frederik jako pierwszy opowiada mi historię tego miejsca. Frederik ma 18 lat i pochodzi z Braunschweig, z Niemiec Zachodnich. Jego rodzice mają tam 70-hektarowe gospodarstwo, które trzeba powiększyć, gdyż starszy brat Frederika chciałby już osiąść na swoim. „Mój tato zawsze chciał kupić ziemię w Polsce. W końcu nadarzyła się okazja. U nas natomiast ziemia jest za droga, a w Niemczech Wschodnich nie jest zbyt dobra” – opowiada ten młody człowiek. Wyjaśnia mi, że ten były PGR, z przynależnymi do niego 120 hektarami ziemi, kupili za 150 tysięcy euro. 15 września 2004 roku. „To był przetarg. Mój wujek był z nami, żeby nam pomóc, bo nie mówimy po polsku.” Kupno było możliwe dzięki paszportowi mamy Frederika, która pochodzi z okolic Opola, ale od ponad trzydziestu lat mieszka w Niemczech. Rodzina Brandesów chciałaby dokupić jeszcze ziemię: „w naszych czasach, żeby żyć na przyzwoitym poziomie, trzeba mieć 500 hektarów” - wyjaśnia mi Frederik. - „Ale w tej okolicy jest to naprawdę trudne. Problemem są przede wszystkim Polacy. Jest dużo korupcji.” Brandesowie nie mają zaufania do Polaków. „Nie mają pracy, więc okradają innych.” Rodzina pokazuje mi nowy traktor, w którym nie ma prawego lusterka oraz tylnych lamp… „Tutaj są sami bandyci!” – rzuca tato Frederika (56 lat). Z pomocą swoich dwóch synów betonuje właśnie ściany budynku, w którym w czasie zimy będą stały maszyny rolnicze… Frederik zadaje sobie pytanie, dlaczego Polacy tak się zachowują. „Może to przez komunizm? Wtedy ludzie nie pracowali dla siebie, więc teraz…” Czy mają jakiś kontakt z Polakami? Na razie nie. Tylko w czasie zakupów. „Jedzenie, paliwo, papierosy, tu jest naprawdę o wiele taniej.” Starszy brat Frederika, ten który zamierza tu osiąść, już się uczy polskiego. Przecież kiedyś w końcu trzeba będzie się z Polakami zintegrować… albo ich zintegrować! |