Archiwum dla ‘Klasztor Sankt Marienthal, Ostritz, PONTES, euroregion’ kategorii
O dawnym PGR-e w Pustkowie opowiedziała mi Katrin, tutejsza korespondentka dziennika Sächsische Zeitung. Po spotkaniach z prasą i rozmowach o Veloblogu (Sächsische Zeitung, Deutsche Welle) opuszczam więc z żalem Centrum Turmvilla (1, 2), zbaczam z wyznaczonej trasy i jadę w kierunku Pustkowa. Równo o 20.30 dojeżdżam do pewnej bardzo bardzo małej gminy. Pytam o drogę prowadzącą do byłego PGR-u, będącego - jak się okazuje - w ruinie. Niesamowite wrażenie. Wszyscy ludzie pracują jeszcze w polu, trudno znaleźć jakiś nocleg. Zresztą nieważne, zachód słońca jest cudowny, wokół mnie panuje spokój – idealna okazja, żeby wreszcie wypróbować namiot (1, 2, 3). Skręcam w małą ścieżkę na wyjeździe z wioski, dalej pierwsza w lewo za drzewami i już jestem! Wyładowuję cały mój „majdan”, jak niektórzy by to powiedzieli, i rozkładam się na brzegu skoszonego pola, tuż przy myśliwskiej ambonie. Idealnie! Następnego dnia dowiem się, że w tym miejscu, jeszcze za czasów kiedy region był niemiecki, znajdował się cmentarz… a dziś… jest to miejsce bardzo chętnie odwiedzane przez dziki! Uuuups… Dziękuję „studio80” za zdjęcia i dużą dawkę śmiechu!
Mimo tej dziwnej pogody właśnie rozpoczynają się letnie wakacje dla niemieckich i polskich uczniów, którzy w każdy wtorkowy wieczór uczą się języka swojego sąsiada w Centrum Turmvilla. Około piętnastu osób, większość z Bad Muskau i z Łęknicy, przybyło tego wieczoru na ostatnie „zajęcia”. Nie są to zajęcia takie jak zwykle: kiedy wracam z kopalni odkrywkowej w Nochten, wszyscy siedzą już przy stole. Uczestnicy kursu w radosnych nastrojach świętują rozpoczęcie wakacji! Panuje luźna atmosfera, wszyscy wznoszą toast za Krzysztofa i śpiewają. W Polsce bowiem obchodzenie imienin jest równie ważne jak świętowanie urodzin. Kieliszek wódki, potem następny: rozmowy toczą się w najlepsze, raz po niemiecku, to znowu po polsku. Zupa grzybowa, makaron sojowy czy korniszony – każdy przyniósł jakiś przysmak na ucztę. Polki śpiewają na całe gardło polskie piosenki (1, 2). Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, wszyscy są w wyśmienitych nastrojach. Jedna z sióstr bliźniaczek z Łęknicy opowiada mi trochę o bazarze. Ale mówi naprawdę szybko! Nie jestem pewna czy wszystko dobrze zrozumiałam, ale zdaje się, że dawniej bazar był zdecydowanie większy, można też było więcej zarobić, a Niemcy stali w kolejkach przed przejściem granicznym, żeby móc zrobić zakupy po polskiej stronie. Mój sąsiad przy stole, Micha, przyjechał z Drezdna, by spotkać się ze swoją mamą, która również jest uczestniczką zajęć. Opowiada mi o punkowych festiwalach, które organizuje w całych Niemczech, i o artykułach spożywczych wyrzucanych przez supermarkety, które on później zbiera i rozdaje. Jego mama, Gabriele, bombarduje mnie informacjami, z których jedna jest ciekawsza od drugiej: o organizacji kobiet - szefów niemieckich i polskich firm, działającej w ramach Salonu Mużakowskiego; o uroczystościach 555-lecia miasta Bad Muskau, które odbędą się 15 września; o powstawaniu stron internetowych przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych. Jednym słowem bardzo miły wieczór, na koniec którego dziennikarka z Sächsische Zeitung, przybyła na zajęcia ze swoim chłopakiem z Polski, proponuje mi spotkanie w jutrzejszy poranek i napisanie artykułu.
Smutna mina? Nie myślcie sobie, że dałam się pokonać pierwszej ulewie, która zaskoczyła mnie w czasie drogi! O nie. Chodzi raczej o małą uliczkę na wyjeździe z Weisswasser, na południe od Bad Muskau, która staje się ślepym zaułkiem (1, 2) prowadzącym do „punktu widokowego” na kopalnię odkrywkową w Nochten oraz na kominy w Boxberg, które przez długi czas stanowiły symbol największej elektrowni w Niemczech. „Węgiel brunatny źródłem energii” – takie hasło skanduje koncern energetyczny Vattenfall. A kopalnia to źródło zatrudnienia dla ludzi z regionu. Ale też i źródło wielu zmartwień: powiększanie i tak już ogromnego wyrobiska (ponad 3300 hektarów) pochłania bowiem kolejne miejscowości. Właśnie kiedy kontempluję rozległość tego miejsca, przy „punkcie widokowym” zjawia się Wolfgang Martin, by naprawić znajdującą się tu przyczepę gastronomiczną. Okazuje się, że jego żona niedługo będzie musiała zamknąć restaurację, którą prowadzi w Mühlrose, jednej z pięciu miejscowości mających zniknąć w wielkiej dziurze. „Trzeba iść naprzód, myśleć o przyszłości” – mówi Wolfgang. I dodaje, że jego żona, jeżeli nic się nie zmieni, będzie mogła prowadzić restaurację w centrum informacyjnym, które Vattenfall zamierza wkrótce otworzyć przy „punkcie widokowym”. Wolfgang Martin prowadzi kronikę regionu i jest zatrudniony w gminie Trebendorf, czyli kolejnej miejscowości mającej zniknąć z powierzchni ziemi. „Wszystko zaczęło się w 1994 roku, kiedy land Saksonii postanowił o powiększeniu wyrobiska” – tłumaczy mi Wolfgang. „Negocjacje landu z gminami zakończyły się fiaskiem, ale w końcu decyzja o powiększeniu wyrobiska została narzucona z góry, przez państwo federalne.” Odbędzie się to kosztem zarówno tutejszych miejscowości, jak i pobliskich lasów słynących z niezwykłej biosfery oraz z kilkusetletnich dębów. Nawiasem mówiąc, dawniej lasy te były chronione jako rezerwat przyrody… Wolfgang pamięta jeszcze, jaka atmosfera panowała, gdy Vattenfall w latach 1999-2000 nawiązał kontakt z gminami, by zadecydować o przesiedleniu mieszkańców. „Na początku mieszkańcy zupełnie się tego nie spodziewali, w końcu musieli się jednak z tym pogodzić.” Od 2004 roku Wolfgang zasiada w radzie miejskiej Trebendorfu: „Vattenfall oferuje pokaźne sumy tym, którzy zdecydują się na opuszczenie swoich domostw. Większość chce jak najwięcej na tym skorzystać.” Wolfgang martwi się, że region znowu może się wyludnić. „Część gminy Schleife będzie ewakuowana. A przecież mieszka tam wielu Serbów. Schleife jest ich centrum kulturalnym w całym regionie.” Wolfgang wyjaśnia mi, że Serbowie przybyli na te ziemie w 600 roku p.n.e., i że do dziś pielęgnują własny język i tradycje. „Jeżeli zostaną stąd wysiedleni, grozi im rozproszenie, a ich kulturze powolne zanikanie.” Chwila nostalgii, Wolfgang cytuje regionalne porzekadło: ”Dobry Bóg stworzył tu dom dla Serbów, a Diabeł ukrył węgiel brunatny.” Kawałek dalej pracownik kopalni, który przysłuchiwał się naszej rozmowie, łapie mnie i mówi, że jest to również według niego tragiczne. Ale nic nie może powiedzieć, bo liczy się przede wszystkim praca. A Vattenfall jest jednym z głównych pracodawców w regionie. „Poza tym dobrze zarabiamy”. Czuje się bardzo niezręcznie w stosunku do mieszkańców zmuszonych do przeprowadzki. Dodaje jednak, że może to nawet lepiej stąd odejść. Nawet on ma już dość nieustającego hałasu czerparek, a mieszka tuż przy ślepym zaułku, w niskoczynszowym bloku na południu Weisswasser. W przyszłym roku zostaną ewakuowane pierwsze domy. Ale zanim część Trebendorfu zniknie w czeluściach ogromnej dziury, gmina będzie świętować 7 i 8 września przyszłego roku swoje 625. urodziny. Będzie tam i Wolfgang, by najbardziej ciekawym opowiedzieć historię tego miejsca!
Wszyscy mi mówili o bazarze w Łęknicy, po polskiej stronie. Rzeczywiście trudno o nim nie wspomnieć. Całe autokary przywożą konsumentów z Niemiec, całe rodziny przyjeżdżają pociągiem, by spędzić tu weekend. Całość znajduje się zaledwie o dziesięć minut spaceru od Parku Mużakowskiego. Niesamowite! To też można nazwać granicą. Ostrzegano mnie „uważaj na torebkę”, mówiono – „uważaj, żebyś się nie zgubiła”, przestrzegano – „uważaj, żeby cię nie okantowali”. A ja ani nie zgubiłam torebki, ani sama się nie zgubiłam, ani też nic nie kupiłam. Najwidoczniej w poniedziałkowe popołudnia bazar nie jest taki, jak zwykle. Nie da się tu kupić jabłek czy pomidorów na sztuki, sprzedawcy po prostu śmiejąc się dawali mi pojedyncze artykuły. Nasuwa się pytanie, w jakich ilościach Niemcy muszą robić tu zakupy… W końcu postanowiłam zjeść „kiełbasę”. Nawiązała się rozmowa z Polakami, do których należało stoisko. Po polsku, po niemiecku i po nijakiemu. W każdym razie ci Państwo wytłumaczyli mi z rozbawieniem, że poniedziałki nie są najlepsze dla interesu, średnio 20 euro. W przeciwieństwie do niedziel, kiedy zarabiają około 120 euro. Tak, bazar jest ogromny, ponad tysiąc małych sklepików - budek… ale dawniej był jeszcze większy i można też było więcej zarobić. Koniec końców, wielu przyjeżdża tu jeszcze pracować, niektórzy z nich muszą pokonać nawet dwie godziny drogi. Nie ma lekko… Później rozmawiamy o Francji, o elegancji Paryżan itd. Nie wydałam się, że pochodzę z prowincji, i dalej poszłam swoją drogą…
To Christoph - który do 30 lipca ma 17 godzin, by skończyć swoją pracę magisterską na temat niemiecko-polskich spotkań młodzieży – zaproponował mi, że zabawi się dla mnie w przewodnika po pobliskim parku. Ku rozpaczy wszystkich tych, którzy nie przestają namawiać go, by siedział przy biurku… I wierzcie mi, Christoph jest świetnym przewodnikiem: ciągnie mnie na rowerze, razem z moją lekko obolałą kostką, z jednego na drugi punkt widokowy. Riesenberg, czyli najwyższe wzniesienie w okolicy, pozostaje schowane w chmurach, ale dalej roztacza się widok na zamek w Bad Muskau w całej jego okazałości. To niemiecka strona parku w Muskau. Jednakże ten ogromny park krajobrazowy założony w XIX wieku na polecenie księcia Hermanna von Pücklera rozciąga się po obu stronach Nysy, czyli granicy niemiecko-polskiej (1, 2). Krótko przed dwudziestą, godziną zamknięcia parku, przekraczamy granicę. Christoph zwraca moją uwagę na fakt, że godziny otwarcia są wywieszone jedynie po niemieckiej stronie… Prowadzi mnie dalej, przemierzając tarasy Parku Mużakowskiego, tym razem po polskiej stronie. Naszą uwagę przyciąga pragnienie stworzenia idealnego pejzażu. Kawałek dalej wielki most kamienny skłania do refleksji. Można też zabawić się w chowanego… ale nie zdradzę już nic więcej. Teraz do każdego z Was należy odkrycie tych 560 hektarów wpisanych od 2004 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
O Centrum Turmvilla mogłabym Wam opowiadać bez końca! Zostałam tam najpierw na jedną, potem na dwie, a w końcu na trzy noce, każdego ranka odnawiając u Anett „prawo pobytu”. Człowiek czuje się tu po prostu bardzo dobrze, nie chce się stąd wyjeżdżać, wszyscy są tacy mili… W Bad Muskau (po polsku Mużaków) każdy wie, co to Turmvilla. „To jest centrum dla młodych, tam, koło Parku Mużakowskiego” – wyjaśnia mi starsza pani spotkana na targu w tym małym przygranicznym mieście. To centrum kulturalne wyróżnia się niebanalną historią, która swoim początkiem sięga 1990 roku, krótko po upadku Muru Berlińskiego. W tamtym czasie młodzież z okolicy zbierała się w Oranżerii przy zamku: wszystko wydawało się możliwe, Ziemia miała się kręcić w inny sposób! Ale tylko do momentu, gdy kazano im poszukać sobie nowego miejsca… Widocznie stało się to już tradycją regionu, wystarczy wspomnieć księcia Hermanna von Pücklera, który kazał przenieść wiejskie gospodarstwa i na ich miejscu stworzyć park tak dzisiaj podziwiany, czy Vattenfalla, który zlecał wyburzanie wiosek, by powiększać swoje kopalnie węgla. Jednym słowem, po wielu negocjacjach, młodym „rewolucjonistom” udało się dostać pozwolenie na zajęcie dwóch opuszczonych rezydencji - Turmvilla i Villa Caroline – które w XIX wieku należały do uzdrowiska z kąpielami termalnymi. Zawarto umowę najmu na okres 99 lat, co uspokoiło zarówno zwolenników, jak i przeciwników „centrum dla młodzieży”. Wszystko zostało odnowione i tym samym powstał pensjonat o bardzo rodzinnej atmosferze. Ale to nie wszystko: w biurach znajdujących się za recepcją z zapałem pracuje mała ekipa, która dla wszystkich zainteresowanych organizuje różnego rodzaju imprezy „niemiecko-polskie” – spotkania młodych, szkolenia dla multiplikatorów, itp. Wszystko oczywiście odbywa się w radosnym nastroju i z dużą dawką poczucia humoru! A więcej o centrum Turmvilla możecie przeczytać w księdze gości znajdującej się w sali, w której każdego ranka serwowano mi śniadanie…
Spotkanie zostało ustalone na dziewiątą rano na moście łączącym centrum Görlitz i Zgorzelca. Około dwudziestu młodych osób z Niemiec i z Polski, wypoczętych i gotowych do drogi, wstawiło się, by razem rozpocząć nową przygodę. Grupa ta również podrużuje wzdłuż granicy Nysko-Odrzańskiej, ale w sposób o wiele bardziej wyczynowy niż team Veloblogu: w programie mają oni bowiem do pokonania 50-70 km i to każdego dnia. I niech tylko ktoś jeszcze raz powie, że dzisiejsza młodzież jest leniwa! Wczoraj wieczorem organizatorzy ze stowarzyszenia WirºMy dopinali jeszcze wszystko na ostatni guzik. Z Frankfurtu n/Odrą-Słubic przyjechał Janusz, który w czasie wyprawy zajmie się tłumaczeniem. Lodówka i torby uczestników są już załadowane do auta, które poprowadzi Klaus. Rowerzyści zakładają na głowy kaski. Wszystko jest gotowe, krótkie przemówienie i wreszcie ruszamy w drogę! W tym pierwszym dniu zostaje nadany ton całej podróży. Wyjąć dowód tożsamości, schować go, znów wyjąć. Młodzi przekraczają jedno przejście graniczne za drugim: z Görlitz do Zgorzelca (1) , potem nowy most w Pieńsku (1) , przejście w Podrosche/Przewóz i wreszcie przejście graniczne w Bad Muskau. Niektórzy przyznają, że sami już nie wiedzą, po której stronie granicy się znajdują! I o to chodzi: pokazać, że granica jest przede wszystkim umowna. Micha, prekursor całej wyprawy, w młodości sam brał udział w wielonarodowych podróżach w okolicach przygranicznych regionów. Zrodziły się z tego entuzjazm i otwartość umysłu, które teraz chciałby przekazać młodym uczestniczącym w tej przygodzie. Uczestnicy to Niemcy i Polacy, w wieku od 14 do 18 lat, którzy w większości dowiedzieli się w szkole o planowanym projekcie. Wszyscy pochodzą z okolic Görlitz i Zgorzelca - nic bardziej praktycznego, żeby później móc razem powspominać miłe chwile i momenty zmęczenia. Wystarczy, że przejdą przez most, i zaraz znajdą się po jednej lub po drugiej stronie granicy… Ku wielkiej radości organizatorów! (1, 2) Ci ostatni przygotowali po drodze przystanki kulturalne. W pierwszym dniu młodym wyjaśniono między innymi, co się stało z gminą Tormersdorf, wymazaną z map pod koniec II wojny światowej. Potem, kilka kilometrów dalej na północ, w Rothenburgu, pastor Martinshofu zwięźle przedstawił im historię tutejszych miejsc. Młodzież poznała historię centrum dla osób niepełnosprawnych, które w czasach III Rzeszy zostało częściowo ewakuowane, oraz historię getta żydowskiego, które stanowiło obóz przejściowy dla około 700 osób, z których większość została następnie wywieziona do obozów koncentracyjnych. Po wojnie bardzo zniszczone centrum przekazano Kościołowi protestanckiemu. Dziś Martinshof znów jest domem dla osób niepełnosprawnych oraz dla osób starszych. Stanowi też miejsce pamięci. Historia regionu jest w ten sposób opowiadana młodym rowerzystom z każdym mijanym kilometrem i zawsze w dwóch językach. Janusz odpowiada za tłumaczenie zarówno na niemiecki, jak i na polski. Oba języki są mniej lub bardziej znane: niektórzy uczestnicy wychowali się w rodzinach mieszanych, inni posługują się jednym językiem w domu, a drugim w szkole. Jeszcze inni znają tylko swój język ojczysty. Ale nie ma w tym nic złego, bo w najgorszym przypadku zawsze można uciec się do angielskiego albo pokazać coś na migi, oby tylko nas zrozumiano! Pod koniec dnia wszyscy, lekko padnięci po przejechaniu 70 kilometrów, cieszą się na zapowiedzianego grilla (1, 2). Posiłki przygotowuje pobliskie centrum Turmvilla, w którym grupa spędzi noc. Wojtkowi jednak nie wystarcza pichcenie, zabiera więc młodych przez las, by im pokazać pozostałości po młynie wodnym w Kutschig, wzdłuż Nysy, kilkanaście kilometrów na południe od Bad Muskau. W XIX wieku było to bardzo znane miejsce wypoczynku dla wyższych sfer, dziś zniknęło z powierzchni ziemi… Zapora wodna również zniknęła, ale kąpiel jest wciąż możliwa i młodym nie udaje się przed nią uciec! Okulary na krótką chwilę znikają pod wodą… by zaraz znowu wypłynąć. Atmosfera jest naprawdę przemiła i już zawiązują się pierwsze znajomości, mimo różnic w językach, w rowerach i wielu innych sprawach. Z głowami pełnymi wrażeń grupka wraca do miejsca, gdzie spędzi swój pierwszy nocleg, czyli do centrum Turmvilla w Bad Muskau. Zaplanowane jest pisanie gazetki, tłumaczonej na dwa języki. By jeszcze bardziej wzmocnić przepuszczalność granicy, interaktywność w tym małym gronie, Veloblog otwiera się na młodzież - by każdy mógł powiedzieć, co myśli, podzielić się swoimi wrażeniami, w swoim języku lub w języku sąsiada, spotkanie na Veloblogu… za pomocą prostej funkcji „komentarz”. Nasze drogi rozchodzą się, znów wracam do mojego ślimaczego tempa, a wszystkim życzę udanej podróży! Mam nadzieję spotkać Klausa za kółkiem jego samochodu w drodze powrotnej. Opowie mi wtedy o Waszych przygodach, które przeżyjecie wzdłuż Nysy, a potem Odry…
Dziękuję wszystkim zawodnikom przybyłym na miejsce za ich radość, wyśmienity humor i piękne słowa! Nie muszę chyba mówić, że osoby, które uczestniczyły w dniu spotkań, i które chciałyby dopisać tu swój komentarz, mogą to zrobić! A ci, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej, poznać pikantne szczegóły, mogą posłuchać dzisiaj (21.07) między 18 a 19 audycji na falach radiowych RFI Berlin lub przeczytać artykuł w dzienniku Sächsiche Zeitung lub też skonsultować się z przeglądem prasowym veloblogu. W momencie kiedy piszę te słowa, jest już bardzo późno, wszyscy śpią. Tym razem zostaliśmy ugoszczeni w mieszkaniu Steffena z naszego stowarzyszenia partnerskiego Wir°My, które jutro będzie towarzyszyć nam w dalszej wyprawie – kierunek: Bad Muskau położone około 60 kilometrów na północ od Görlitz-Zgorzelca.
no to na początek ja - Ania….. co za piękny gorący dzień zarówno w Zgorzelcu jak i w Görlitz. Żar leje się z nieba, kiedy wszyscy w końcu dotarliśmy do Neissegalerie. Charlotte, jak zwykle uśmiechnięta, powitała nas serdecznie i przedstawiła nam plan dnia. Jak tylko usłyszeliśmy, na czym ma polegać “Stadtspiel”, od razu wiedzieliśmy, że na pewno się nie będziemy nudzić i czeka nas super zabawa. Wyposażeni w ankiety z pytaniami jak: ile kosztuje paczka do Francji z kilogramem bigosu czy ile długości rąk liczy sobie “der dicke Turm”, wyruszyliśmy na podbój miasta (a raczej miast :-)). Niestety już po niedługiej chwili musieliśmy stwierdzić, że niewielu mieszkańców naprawdę zna swoje miasto, a co drugi w ogóle nie jest stąd!!! I wtedy na myśl przyszedł mi Lipsk Tak więc super zabawa, połączona z wieloma nowymi doświadczeniami. Wkoło sami mili ludzie, prawdziwy team, jakby to powiedziała Charlotte. A tymczasem przechodzimy do punktu kulminacyjnego całego wieczoru: zdjęcia, jedzenie (nareszcie) i dobra muzyka…w Görlitz można się zakochać ( w Zgorzelcu też)! to na tyle z pierwszych wrażeń, ciąg dalszy nastąpi!
Rajd/Rallye (2, 3, 4) po mieście organizowany przez stowarzyszenie Wir°My, spektakl połączony z konferencją przygotowane przez stowarzyszenie Deltoidea, jak również i pantomima na temat „Granica” (1, 2) w wykonaniu Barbary i Elkina, na koniec zaś koncert grupy The Monkey Brains (1, 2, 3, 4) - taki program był zapowiedziany i taki też został on zrealizowany. To co ja osobiście najlepiej zapamiętam z pierwszego dnia spotkań, to rosnąca interaktywność Veloblogu. Mój szalony pomysł, by „utkać więź społeczną”, powoli nabiera kształtu. Świadczą o tym maile, które dostaję. Najwyraźniej coraz więcej osób interesuje się Veloblogiem. Tu mała uwaga – wydaje mi się, że wiele Waszych spostrzeżeń i pytań, które otrzymuję, z pewnością zainteresowałyby także innych czytelników-bohaterów Veloblogu. Nie wahajcie się więc korzystać z funkcji „komentarz” i zamieszczajcie tam Wasze opinie. W ten sposób będziecie mogli poznać wiele odpowiedzi, a nie tylko moją… Świadczy o tym także obecność w ten piątkowy wieczór w Neissegalerie osób, które poznałam w czasie wyprawy. Mowa tu chociażby o pani Meusel z klasztoru Marienthal, o moich przemiłych gospodarzach z Görlitz czy o Barbarze i Elkinie poznanych w Grosshennersdorfie. Móc widzieć te wszystkie osoby zgromadzone w jednym miejscu było dla mnie magicznym przeżyciem. Magią było również to, że mogłam przedstawić im część ekipy Veloblogu. Myślę, że właśnie te niezwykłe spotkania najbardziej mnie poruszyły! Trzeba przyznać, że jako osoba nie przepadająca za organizowaniem miałam na co narzekać! Od rana do wieczora musiałam pilnować dobrego przebiegu imprezy i jeszcze odpowiadać na życzenia prasy. Oczywiście starałam się czerpać z tego wszystkiego jak najwięcej przyjemności i brać jak największy udział w proponowanym programie. Jednocześnie pokusa okazała się zbyt duża - nie oparłam się pomysłowi, by zagrać w interaktywność i udostępnić Veloblog osobom obecnym w Görlitz (1, 2). To one, każda w swoim języku ojczystym, opowiedzą Wam o dniu spotkań tak, jak one go odebrały! |